info

W latach 90. Wielka Brytania zdobyła rozgłos jako światowe centrum nieskrępowanej twórczości. Fenomen Young British Artist przyniósł młodym brytyjskim artystom niezwykle szybką karierę oraz miejsce w kolekcjach największych światowych muzeów, a brytyjskie zespoły muzyczne tworzące ruch zwany Brit Pop zdobyły miłośników i naśladowców na masową skalę. Jednocześnie kraj przechodził głęboki kryzys, który przejawiał się w licznych zamieszkach i protestach, co pozostaje nieporównywalnie mniej znanym obliczem tych czasów.

W ramach prezentacji Miesiąca Fotografii w Krakowie w TR zaprezentowane zostaną: wielkoformatowe zdjęcie Vinci Petersen „Riot Girl” oraz jej film „Rave”, a sama artystka opowie o swojej sztuce i pokaże wybór slajdów z cyklu „Raves & Riots”.

Prace Vinci Petersen to metanarracje na temat zmian, które nastąpiły w Wielkiej Brytanii w tym czasie zarówno w przestrzeni miast, jak i w obrębie dokumentalnego stylu fotografii – jej funkcji i przejawów w codziennym życiu. Prezentowane projekty portretują nudę i zniechęcenie młodego pokolenia, mające swe ujście w protestach i rebelii. Petersen przygląda się miastu w ogniu - uchwyconemu w samym centrum zamieszek antykapitalistycznych – i zadaje pytanie, czy przemoc stała się niezbywalną częścią kultury młodzieżowej.

Prezentacja w TR jest częścią kuratorskiego projektu Jasona Evansa „W tym miejscu nie ma nic”, prezentowanego w ramach Miesiąca Fotografii w Krakowie 2010 w Galerii Bunkier Sztuki.

Vinca Petersen jest fotografką i reżyserką. Jej zainteresowania obracają się wokół kultury młodzieżowej, wolności osobistej i artystycznej, oraz muzyki. W swoich cyklach portretuje uczestników koncertów rave-owych, współczesnych nomadów i przemoc uliczną. Jej najważniejsze prace w tym temacie to cykle „Raves & Riots”, „Long Journeys”, monografia „No system” i film „Rave”. Petersen swoje prace pokazywała na kilkunastu indywidualnych i grupowych wystawach w Wielkiej Brytanii i za granicą. Jej prace są częścią kolekcji Victoria and Albert Museum w Londynie. Mieszka i pracuje w Kent w Wielkiej Brytanii.

 

Upolitycznianie sceny rave ją osłabia. Nie mieliśmy żadnych ukrytych zamiarów, żadnej misji poza taką, że chcieliśmy się spotykać i tańczyć. Ale to była ogromna siła - rozmowa z raverką i fotografką Vincą Petersen
 

Początek lat 90. w Wielkiej Brytanii przyniósł młodym brytyjskim artystom szybką karierę oraz miejsce w kolekcjach największych światowych muzeów. Brytyjskie zespoły muzyczne tworzące nurt zwany britpop zdobyły miłośników i naśladowców na masową skalę. W tym samym czasie wstrząsany zamieszkami i protestami kraj przechodził głęboki kryzys polityczny. Narodziła się nowa kontrkultura. Rave i grunge były nie tylko nowymi gatunkami muzyki techno i rocka, ale także nowymi sposobami na definiowanie jednostki w opozycji do dominujących wartości. Tworzyły ją dzieci dawnych hipisów i narkotyk nowej epoki - ekstazy. Początek lat 90. to gwałtowne uliczne zamieszki, nielegalne imprezy na tysiące osób, nowe komuny zwane squatami, alternatywne wizje stylu życia, to wreszcie pierwsze magazyny lifestyle'owe, które modę, muzykę, sztukę traktowały jako nośniki politycznych wypowiedzi.

Słowo 'rave' zostało zaczerpnięte z hitu 'Rave On' Buddy'ego Holly'ego z 1958 r. i oznacza gorączkowe, intensywne uczucie, które wydaje się trwać bez końca. Rave w znaczeniu imprezy zadomowił się w Wielkiej Brytanii pod koniec lat 80. Uczestnicy rave'ów i wyznawcy ich ideologii to raverzy, zaś sprzęt muzyczny, którego używają, to sound system. Ponieważ imprezy często są nielegalne, a ich lokalizacje się zmieniają, sound systemy są mobilne - grupa raverów przewozi je ciężarówkami w inne miejsce. Kiedy brytyjski rząd zaczął traktować tańczących w wielkich grupach (nawet do kilku tysięcy) obywateli jako społeczną anomalię i wprowadził przepisy mające na celu sparaliżowanie tego ruchu, wielu raverów opuściło Wyspy i wraz z sound systemami przeniosło się do gościnniejszej Europy. Niektórzy żyją w ten sposób do dziś.
Vinca Petersen jest byłą raverką, fotografką, aktywistką i mamą. Pochodzi z Korei Południowej, gdzie przyszła na świat jako córka urzędnika brytyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych, mając za przodków rumuńskich Romów. Już jako 17-latka opuściła dom rodzinny. Zamieszkała w londyńskim squacie, a zawiązane tam przyjaźnie i znajomości stały się impulsem do podjęcia wieloletniej podróży, podczas której portretowała rave. W swoich cyklach fotograficznych ukazuje uczestników koncertów rave'owych, współczesnych nomadów i przemoc uliczną. To Wielka Brytania w ogniu, której znakiem rozpoznawczym nie jest 'cool Britannia' firmowana przez Young British Artists i Oasis, ale 'bitwa o Trafalgar' - zamieszki i demonstracje na Trafalgar Square przeciwko wprowadzeniu przez Margaret Thatcher podatku poll tax.

Dlaczego wcześniej lub później przestajemy się buntować? Możesz być riot girl, ale czy możesz być zbuntowaną kobietą?

Nie zawsze musi nadejść moment, w którym przestajemy się buntować. Moim zdaniem nasz bunt staje się po prostu spokojniejszy i bardziej refleksyjny. W lutym pozbyłam się telewizora, więc mój syn Archie i ja oglądamy tylko filmy na DVD. Wydaje mi się to o wiele mądrzejsze niż rzucanie kamieniem w policjanta. Kiedy byłam młodsza, mój styl życia może i był bardziej radykalny niż teraz, ale myślę, że tamten czas tylko przygotowywał mnie do tego, w jaki sposób działam dziś. Myślę, że jeśli raz zafascynowała cię rewolucja, to już tak zostanie. To stan umysłu, który zakłada podważanie stanu rzeczy. Jeśli raz zaczniesz to robić, z wiekiem będziesz w tym tylko lepsza.

Były takie chwile, kiedy myślałaś: 'Już dość, dłużej nie dam rady'?

Sugerujesz, że moje życie jest męczące, a ja czuję, że jest wręcz przeciwnie - jest uskrzydlające. Mogę być fizycznie przemęczona, ale mam ogromną energię psychiczną, tym większą, im jestem starsza. Męczące musi być życie w systemie, który nieustannie zmusza do dopasowania się do reszty. Udaje mi się cały czas żyć poza systemem - albo chociaż moim myślom. Bunt jest zawsze częścią przeprowadzki z kieratu do wolności, ale potem tylko niepotrzebnie przyciąga uwagę. A najważniejsze to nie być zauważanym, prześlizgnąć się przez sieć i wymknąć niepostrzeżenie. 'Anonimowość' - może to powinno być to słowo, które zastąpiłoby 'bunt'?

Podróżowałaś przez 14 lat z rave'owymi sound systemami. Zdjęcia złożyłaś w album 'No System'.

Wiedziałam, że jestem świadkiem czegoś niesamowitego, że muszę to zapisać. Tytuł 'No System' to trochę żart. Między ludźmi podróżującymi z różnymi sound systemami byli i tacy, dla których sound system był obsesją - bez przerwy rozmawiali o mikrofonach, głośnikach, dekach i o tym, jak je ulepszać, kto ma największy, najgłośniejszy. Umieściłam więc w książce tylko kilka zdjęć głośników, bo chciałam, żeby mój album był o znajomych, a nie o sound systemach - stąd 'No System'. Oczywiście wiedziałam, że dla ludzi z zewnątrz będzie to deklaracja polityczna.

Dlaczego właśnie muzyka techno była wtedy atrakcyjna dla nastolatków?

Techno było szybszą wersją muzyki popularnej. Zresztą wszystko przyspieszyło. Braliśmy więcej narkotyków, imprezy, czyli rave'y, były coraz większe, didżeje grali coraz głośniej i mocniej. Siła ruchu rave pochodziła z fuzji narkotyków i rytmu, który wprowadzał tańczących w trans. Didżeje byli jak starożytni szamani. Wszyscy lubimy tańczyć i przebywać w grupie, tylko o tym zapomnieliśmy albo nigdy nie było nam dane tego doświadczyć. Zwolennicy teorii spiskowych mogą uznać, że jesteśmy do takich przyjemności zniechęcani przez władzę, bo wytwarzają silne emocje, które mogą być niebezpieczne i z pewnością są w opozycji do reguły 'dziel i rządź'.

Czy siła, jaką wyzwalał rave, była przede wszystkim polityczna, estetyczna czy emocjonalna? A może pochodziła po prostu z dobrej zabawy?

Upolitycznianie sceny rave ją osłabia. Nie mieliśmy żadnych ukrytych zamiarów, żadnej misji poza taką, że chcieliśmy się spotykać i tańczyć. Ale to była ogromna siła. Brytyjski rząd wystraszył się jej. Po jednej z najwspanialszych imprez -?trwającym tydzień Castlemorton Common Festival - wprowadzono Criminal Justice Bill, ustawę, która zdelegalizowała uczestnictwo w rave'ach. Zapisano w niej, że liczące więcej niż 10 osób zgromadzenie, które słucha muzyki charakteryzującej się następstwem powtarzającego się rytmu, czyli muzyki techno, łamie prawo. Zabroniono nawet przemieszczania się w stronę miejsca, gdzie według policji może wydarzyć się rave. Policjanci dostali niewiarygodną władzę. Mogli aresztować zwykłych obywateli, którzy nie popełnili żadnego przestępstwa. Wybuchła podobna panika jak w roku1977, kiedy eksplodował punk rock. Ale my nie byliśmy jak punki. Nie manifestowaliśmy żadnych negatywnych emocji. Nie chcieliśmy walczyć z systemem, tylko mu umknąć. Nie chcieliśmy agresji, chcieliśmy pozytywnych, głębokich przeżyć.

Jesteś córką brytyjskiego dyplomaty i wnuczką rumuńskich Romów. Jaką osobowość stworzył taki miks?

Mój ojciec nie powiedział mi, że mam cygańską krew, dopóki nie skończyłam 21 lat. Powiedział mi to, kiedy w rozmowie telefonicznej wyznałam mu, że już mam dosyć tego swojego wiecznego uciekania z jednego miejsca do drugiego. Coś we mnie od zawsze powtarzało, że nie mogę ani na chwilę się zatrzymać.

Jak zostałaś raverką?

Wyprowadziłam się z domu, kiedy miałam 17 lat, i pomieszkiwałam w londyńskich squatach już od kilku lat, kiedy usłyszałam o tym, że jest coś takiego jak rave. Brałam kwas i speed, chodziłam na reggae-dubowe koncerty i kapele takie jak Sonic Youth i Ramones, ale z jakiegoś powodu bałam się ekstazy. Przemogłam się, poszłam do klubu, wzięłam 'E'. To było to. Czułam się zbyt dobrze, żeby o tym zapomnieć. Wszyscy byli przyjaźni, gościnni i spokojni. Kiedy wyszłam z klubu nad ranem, nie mogłam doczekać się następnego razu.

Czy postanowiłaś, że wyjedziesz z Wielkiej Brytanii z powodu wprowadzenia Criminal Justice Bill? Czy były inne powody?

Wyjechałam z Wielkiej Brytanii, bo chciałam zobaczyć kilka festiwali. Poszłam na imprezę w Holandii i poznałam grupę podróżującej z sound systemem Alien Pulse. Kiedy rano wschodziło słońce, a ludzie zaczynali rozchodzić się do domów, ja usiadłam obok dziewczyny o imieniu Katie i zapytałam, czy mogę się z nimi powłóczyć. Zgodziła się, więc znajomi, z którymi przyjechałam, wrócili na Wyspy beze mnie.

Opowiedz mi o swoich przyjaciołach. Co robią teraz?

Miałam dosłownie setki przyjaciół, kiedy żyłam w drodze - byli bardzo różni. Istnieje popularne przekonanie, że większość takich włóczęgów to byli członkowie klasy średniej, ale moim zdaniem to mylny pogląd. Nie wyobrażam sobie sceny, która pomieściłaby szerszy przekrój społeczny niż scena rave. Wszyscy mieli swoje powody, żeby tam być. Nie było żadnej 'konstytucji rave'u', żadnego programu, tylko wspólna potrzeba życia w inny sposób niż do tej pory. Spotkałam ludzi, którzy musieli kraść. Ale spotkałam też ludzi ekstremalnie bogatych. Spotkałam matki z dziećmi, które uciekały od biedy i samotności. Artystów, bankierów, hipisów w średnim wieku, budowlańców, nauczycieli - kogo chcesz! Niewielu z nich widuję do tej pory, ale jestem absolutnie pewna, że gdybym znów zaczęła krążyć po Europie, znalazłabym ich i byliby na pewno tak samo otwarci.

Jak było zorganizowane twoje 'plemię'? Były jakieś hierarchie?

Oczywiście, był jakiś nieformalny porządek, bo ludzie muszą się w każdej grupie jakoś uplasować. Obowiązywała jedna reguła: im więcej dawałeś wspólnocie, tym bardziej byłeś szanowany. Niektórzy byli stworzeni do organizowania i przewodzenia, inni byli bardziej techniczni, jeszcze inni woleli grać sety didżejskie. Były osoby bardziej wpływowe, ale wynikało to wyłącznie z przyczyn praktycznych. Mężczyźni i kobiety byli sobie równi - a jeśli ktoś twierdził coś przeciwnego, uznawano go za głupka i ignorowano.

Jak zarabiałaś na życie?

Nie potrzebowaliśmy dużo. Nie płaciliśmy rachunków, podatków ani czynszu za wynajem. Niektórzy, między innymi ja, czasem wracali do rodzinnego domu i tam sprzedawali płyty i koszulki, pracowali jako robotnicy sezonowi. Kiedy podróżowaliśmy, zarabialiśmy na sprzedaży alkoholu na imprezach i z dobrowolnych datków, które wpłacali uczestnicy rave'ów. Za te pieniądze kupowaliśmy jedzenie. Robiliśmy sobie uczty na kilkanaście osób. Potem włączaliśmy muzykę i nic innego nam nie było trzeba. Byliśmy na nieustających wakacjach.

Podróżowaliście ciężarówkami, jeepami, furgonetkami. W ten sposób przemieszczaliście się z imprezy na imprezę, z obozowiska do obozowiska, przewoziliście sprzęt muzyczny i wasz dobytek. Jak wyglądała twoja furgonetka?

To była wielka ciężarówka z kuchenką, lodówką, ze zlewem i z trzyosobową sofą, łóżkiem king size, telewizorem, wideo. Miałam rolety w oknach, normalne drzwi, połowa podłogi była pokryta linoleum, a połowa dywanem. Był nawet kominek. Nie musiałam robić specjalnego prawa jazdy na ciężarówkę, bo wtedy zwyczajne prawo jazdy uprawniało do prowadzenia pojazdu nawet do 7 ton.

Najciekawsze miejsce, w którym spędziłaś noc?

Kiedy parkowaliśmy na przedmieściach, zwykle w jakieś sześć ciężarówek, w przerwach między kolejnymi rave'ami zwiedzaliśmy zaniedbane dzielnice miasta. Czasem znajdowaliśmy nieużytek. Często zaglądaliśmy do starych fabryk, które wyglądały jak gotowe plany filmowe. Były idealnymi miejscami na urządzanie rave'ów, szczególnie w chłodniejsze zimowe miesiące. Kiedyś znaleźliśmy taką fabrykę we Florencji. Żyło tam kilku meneli i nikt poza nimi nie interesował się tym miejscem od 20 lat. Gołębie latały pod sufitem i srały nam na głowy. Znaleźliśmy 20 starych silników i pomyśleliśmy, że mogą się przydać jako materiał rzeźbiarski, popędziliśmy po ciężarówkę z dźwigiem i podnośnikiem. Wyciągaliśmy je, gdy nagle zjawiła się policja. Nawet nie próbowaliśmy się ukryć, bo założyliśmy, że fabryka jest tak zapuszczona, że ma tam nic wartościowego. Ale ktoś doniósł, że kradniemy. Właściciel ziemi powiedział, że silniki były warte masę pieniędzy - co było bujdą, bo stały wystawione na deszcz i gołębie kupy przez 20 lat - zostaliśmy aresztowani. Dwójkę moich kolegów wywieźli do więzienia dla mężczyzn, mnie do kobiecego. Musiałam się rozebrać, zostałam dokładnie przeszukania. Potem dali mi brązowe bawełniane rajstopy i koszulę, torbę z pościelą i materac. Na kolację dostałam fasolę bez sosu i cztery zeschłe jabłka. Nie mogłam zasnąć, bo za oknem miałam latarnię, która świeciła mocnym pomarańczowym światłem. Następnego dnia rano anioł przyniósł wielki dzban z kawą do mojej nory i ogromną łychą nalał mi trochę do kubka - była przepyszna. Zostałam przewieziona na rozprawę. Na szczęście sędzia był rozsądny i wydał wyrok trzech miesięcy w zawieszeniu. Dodał grzywnę, ale potem popatrzył nam w oczy i stwierdził, że jeśli nie mamy pieniędzy, nie musimy jej płacić. Zabrano nas z powrotem do cel, żeby wypuścić już oficjalnie. Kiedy wyszłam - po kolejnym przeszukaniu na golasa - moi chłopcy już na mnie czekali. Podeszłam do nich, wyjęłam ukrytą pod językiem grudkę haszu i powiedziałam: 'Skręcajcie!'. (śmiech)

Twoja warszawska wystawa w Delikatesach nazywała się 'Rave and Riots'. Porozmawiałyśmy o ravie. A jakie zamieszki pamiętasz najlepiej?

Pamiętam, jak stałam w tłumie na Park Lane podczas zamieszek przeciwko wprowadzeniu podatku pogłównego [ang. poll tax], a 20 metrów od nas stały kordony konnej policji. Raz na jakiś czas spinali konie, pędzili na nas i zaczynali pałowanie. Demonstranci rzucali w nich kamieniami. Pamiętam wielkiego faceta, który kilka razy przechodził obok mnie i patrzył ukradkiem, wreszcie wskazał uprzejmie na połamaną płytę chodnikową pod moimi stopami i zapytał: 'To twoje? Mogę trochę?'. I zaczął rzucać odłamkami płyty jak karabin maszynowy. Staliśmy już kilka godzin, zrobił się wieczór, a my zostaliśmy schwytani w pułapkę między metalowym ogrodzeniem a plastikowymi tarczami nacierających policjantów. Musieliśmy wspinać się po ogrodzeniu i zeskoczyć na drugą stronę, inaczej zostalibyśmy spałowani. Spadłam i paskudnie poharatałam sobie nogę. Czułam się jak na planie hollywoodzkiego filmu. Było ciemno, nad nami latały helikoptery i świeciły reflektorami, a wielkie megafony nawoływały: 'Rozejść się!'. Nagle wszyscy zaczęli biec. Popatrzyłam za siebie i zobaczyłam, jak zbliża się do nas długi kordon policji, a wszyscy policjanci uderzają pałkami o tarcze w tym samym groźnym rytmie: 'bum, bum, bum'. To było przerażające, ale i nieprawdopodobnie podniecające. Każdy powinien chociaż raz doświadczyć takich ekstremalnych emocji. Takie wydarzenia sprawiają, że czujesz się silniejszy, bardziej żywy. Moja przyjaciółka ucierpiała podczas zamieszek, dostała pałką po głowie, musieliśmy ją zawieźć do szpitala. U mnie skończyło się na siniakach.

Żyłaś rave'owym życiem przez 14 lat.

Sprzedałam ciężarówkę i zamieszkałam w domu, dopiero kiedy zaszłam w ciążę. Teraz mieszkam w robotniczym miasteczku nad morzem. Życie tam jest dużo tańsze niż w Londynie, więc mogę spędzać mniej czasu na zarabianiu pieniędzy, a więcej na robieniu tego, na co mi przyjdzie ochota, i na wychowywaniu syna Archiego. Chciałam, żeby sam dokonywał życiowych wyborów, nie chciałam narzucać mu nomadycznego stylu życia, zanim nie będzie na tyle duży, żeby go zrozumieć i zaakceptować bądź odrzucić. Dałam mu możliwość wyboru własnej drogi. Jeśli narzucasz komuś podglądy, nawet jako rodzic, przeszkadzasz mu w nauce. Staram się tylko, żeby polubił proste przyjemności. Często spacerujemy po plaży, rozmawiamy, bawimy się w berka, dajemy sobie kuksańce, turlamy się po podłodze. Nie żyjemy w epicentrum współczesnego świata, ale korzystamy z jego największych dobrodziejstw - oglądamy filmy i używamy internetu. Nasze miasteczko jest spokojne, śmieci nie leżą na ulicach, dzieci się uczą, mamy wodę, gaz, elektryczność - czego chcieć więcej? Można mieć proste życie, ale to nie blokuje myślenia w sposób złożony.

Myślisz, że istnieje teraz jakaś kultura młodzieżowa poza taką, którą wymyślają marketingowcy? Moim zdaniem 20 lat po ravie nie jesteśmy zdolni do żadnej rewolucji.

Świat reklamy wyuczył się, jak korzystać z fenomenów kultury, żeby pomagały sprzedawać nam różne rzeczy. Wszystko, co staje się popularne, nieważne, jak jest dziwne czy kontrowersyjne, szybko staje się częścią strategii reklamowej. Błąd, który popełniają ludzie, a najczęściej artyści, polega nam tym, że chcą za wszelką cenę być oryginalni, wyróżniać się z tłumu. Tym samym wystawiają się na ostrzał mediów i prędzej czy później stają się produktem. Dużo sensowniej jest pozostawać w ukryciu i tylko raz na jakiś czas się pokazywać, wtedy trudno jest zostać namierzonym. Chociaż wielu młodych ludzi ma teraz obsesję na punkcie sławy, sądzę, że już niedługo odbije się to czkawką i powstanie jakiś ruch. Dzieciaki nie są głupie i wkurzą się, kiedy się okaże, że ktoś nimi manipuluje. Rave był nie tyle rewolucją, ile reakcją na poczucie stłamszenia, zamknięcia, które narastało przez lata 80. Takie reakcje pojawiają się falami.

Założyłaś wraz z Clare Cameron organizację Future Youth Project. Na czym polega jej działalność?

To organizacja charytatywna. W tej chwili pracujemy z dwoma państwowymi sierocińcami na Ukrainie, których wychowankowie mają od czterech do 40 lat. Sieroty i niepełnosprawni są odcinani od ukraińskiego społeczeństwa i umieszczani w takich ośrodkach, zwykle poważnie niedofinansowanych, bez możliwości edukacyjnych i opieki zdrowotnej. Staramy się zmienić sytuację w dwóch sierocińcach i stworzyć model do zmian w całej Ukrainie. Kadra ośrodków była zszokowana, jak wspaniale ich podopieczni reagują na nas i nasze pomysły.

Jak to się stało, że wymyśliłaś, że siądziesz za kółkiem ciężarówki z pomocą humanitarną dla Czarnobyla?

Kiedy zdecydowałam się urządzić pierwszą wystawę, poczułam, że to dziwne, żeby wypełniać przestrzeń swoją pracą, tym samym mówiąc: 'Popatrzcie na mnie'. Było mi nieswojo, chciałam jakoś się usprawiedliwić. Pojawiła się okazja, żeby zebrać ubrania dla potrzebujących na Wschodzie. Uznałam, że ja i moi przyjaciele, wszyscy z ciężarówkami, świetnie nadajemy się do zebrania i dowiezienia ubrań na miejsce. Gdy usłyszałam, że konwoje mają jechać także do Czarnobyla, postanowiłam, że muszę koniecznie pojechać właśnie tam, by się zmierzyć z prawdziwą ludzką tragedią, stanąć znów mocno na ziemi.

Dlaczego na otwarcie strony Future Youth Project wybrałaś akurat zdjęcie rumuńskich dzieci bawiących się na trzepaku?

Lubię jego nastrój. To dzieciaki z miasta w pobliżu Czarnobyla. Spędzały z nami całe dnie i mimo życia w skrajnej biedzie były bardzo wesołe. W dzieciach najpełniej przejawia się nasze człowieczeństwo. W przyszłości chciałabym widzieć dzieci w roli pomagających u boku dorosłych, a nie tylko tych, którym się pomaga. Dzieci powinny się czuć ważną częścią społeczeństwa - nasza konsumencka kultura nie podołała temu zadaniu.

A jak doszło do tego, że wybrałaś się na charytatywną wyprawę do Afryki z dmuchanym zamkiem do skakania?

To było, jeszcze zanim urodziłam Archiego. Chciałam na jakiś czas zabić swoją potrzebę podróżowania jedną naprawdę długą przygodą. Nie mieliśmy za dużo miejsca w samochodzie, nie mieliśmy też dużych funduszy. Dmuchany zamek zaś nie tylko nie zajmuje wiele miejsca, ale i można go bez przeszkód po wielokroć użytkować. I jest źródłem czystej radości, a to właśnie radość chciałam dowieźć. Podróżowaliśmy po Afryce niby minicyrk. Maroko, Mauretania, Senegal, Gambia, Mali, Burkina Faso, Ghana. Dzieci najpierw były zaskoczone i śmiały się z nas trochę, ale potem były wniebowzięte i bawiły się godzinami, skacząc na naszym zamku.

Doradź mi. Jaka powinna być współczesna młoda kobieta?

Kobieta musi umieć się przystosowywać. Życie kobiet nie jest już schematyczne, może zmieniać się co chwila. W byciu kobietą najbardziej lubię naszą umiejętność do bycia jednocześnie twardą i miękką, głośną i cichą, mądrą i głupiutką. Myślę, że kobiety spędzają za dużo czasu na zakochiwaniu się, a za mało na pielęgnowaniu miłości do świata. Mamy ogromne możliwości, aby dawać, aby tworzyć, i wielkie pole do popisu dla wyobraźni, ale często wpadamy w rutynę i wybieramy drogę bardziej uczęszczaną. Współczesna kobieta powinna błyszczeć, być ekscentryczna, hojna, umieć się bawić i być trochę szalona. Współczesny mężczyzna zresztą też. Chciałabym zakończyć cytatem z Josepha Beuysa, który był moją inspiracją przy tworzeniu Future Youth Project. 'Każda istota ludzka to artysta, niezależna jednostka, która ma szansę zmieniać i modelować swoją kondycję, myślenie i struktury, które formują nasze życie i nadają mu znaczenie'.
 

Źródło: Wysokie Obcasy
 

Informacja o zdjęciu:
Vinca Petersen „Riot Girl” 1996, ©Vinca Petersen

www.vinx.co.uk 
www.photomonth.com 

 

Wystawa zorganizowana we współpracy z Fundacją Sztuk Wizualnych | Miesiąc Fotografii w Krakowie.